Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panna cotta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panna cotta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

Kokosowa panna cotta


Ledwo się mieszczę w tym błękitnym tworze innym niż życie. Z nadwrażliwością od czubków mchu po sierść słońca, rozlewam się w nagłych zieleniach, po stokroć bardziej przyciągających niż niezmienność domów. Usypiam szepty w fałdkach mięsistych róż. Ukrywam skrawki czułości pod mgłą. Kiedyś rozrosną się tak bardzo, oplączą wszystko naokoło tak szczelnie, że nie przedrze się przez nie nic złego.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


No proszę, lipiec. Winien nam być słonecznym. A jeśli nie będzie? Nie szkodzi. Zawsze możecie wyczarować sobie kokosową panna cottę, zupełnie wegańską, lekką i pachnącą owocami dojrzewającymi w egzotycznych, gorących gajach. Kilka minut przygotowania i po schłodzeniu będziecie mogli rozkoszować się wakacyjnymi smakami. 



Kokosowa panna cotta

- mleczko kokosowe 
- 3 łyżki wody różanej
- 2.5 łyżeczki agaru
- 2 łyżki cukru
- różowy pieprz
- 1 limonka
- 1 mango
- świeża melisa
- ok. 3-4 łyżki wrzątku

1. Agar rozpuszczamy w niewielkiej ilości gorącej wody. Dolewamy do mleczka kokosowego, mieszamy dokładnie z wodą różaną i cukrem. Przelewamy do foremek, odstawiamy do lodówki na minimum 5 godzin.
2. Mango obieramy, blendujemy z sokiem z 1 cytryny oraz garścią liści melisy.
3. Panna cottę podajemy oprószoną różowym pieprzem i skórką z limonki oraz z musem z mango.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Panna cotta różana z musem czekoladowym i kruszonką jaśminową

To jeden z najbardziej kobiecych deserów, jakie ostatnio robiłam: różana panna cotta z musem z białej czekolady i jaśminową kruszonką. Sama lekkość na wiosnę i motyle w brzuchu. 
Tym bardziej go lubię, że został doceniony przez Signature Photo Dishes <3



Ażur czeremchy rozciągnął się na dobre nad moimi porankami. Nie sposób się już wymigać od jaśminowego rwetesu, pędu w górę pergol, tych pionowych rzek ustanowionych do skrywania najczulszych tajemnic. Zapachy kwitnących w dole drzew wspinają się na tarasy, jak niezrażeni kochankowie. W powietrzu wisi nieuchronność żaru, czekając tylko na przypieczętowanie różaną słodyczą. 


Panna cotta różana z musem czekoladowym i kruszonką jaśminową

Panna cotta różana

- 350 ml śmietanki kremówki 
- 100 ml mleka
- 3-4 łyżki wody różanej
- ok.8 pączków suszonej róży damsaceńskiej
- ok. 2,5 łyżeczki żelatyny
- 1/3 szklanki drobnego cukru
- płatki złota

Mus z białej czekolady

- 250 g mascarpone
- 150 g białej czekolady
- 2 łyżki malibu

Kruszonka jaśminowa 

- ok.70 g zimnego masła
- 100 g mąki pszennej
- ok.40 g mielonych migdałów
- 2 łyżeczki suszonego jaśminu / woda jaśminowa
- 120 g drobnego cukru

Panna cotta:

1. Śmietankę, 50 ml mleka, cukier i rozkruszone pączki róży podgrzewamy, nie dopuszczając do zagotowania. Przecedzamy. 
2. Żelatynę rozpuszczamy w 50 ml zimnego mleka. Dodajemy do śmietanki i mieszamy z wodą różaną. 
3. Masę wlewamy do 4 miseczek lub wlewamy do keksówki. Po wystudzeniu do temperatury pokojowej, odstawiamy do lodówki na minimum 4 godziny.

Mus z białej czekolady:

1. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. 
2. Mascarpone ucieramy z malibu, a następnie cienką stróżką wlewamy chłodną czekoladę. Mieszamy, aż do uzyskania jedwabistego musu. 
3. Mus odstawiamy do lodówki na 4 godziny. 

Kruszonka:

1. Wszystkie składniki mieszamy w misce, rozcierając palcami, by uzyskać strukturę grudek. *jeśli używamy suszonego jaśminu, należy go namoczyć w paru kroplach wody. 
2. Kruszonkę wstawiamy do lodówki na min. 30 minut. 
3. Kruszonkę rozsypujemy na papierze do pieczenia, pieczemy w 180 stopniach przez kilka minut, aż okruszki się zezłocą i będą chrupiące. 

Łączenie wszystkich składników:

1. Panna cottę wyjmujemy z miseczek, lekko je ogrzewając z zewnątrz lub kroimy na paski. 
2. Na wierzch panna cotty nakładamy łyżką mus czekoladowy. Oprószamy kruszonką. Dekorujemy płatkami róż i złota. 




środa, 11 maja 2016

Panna cotta jabłkowa

Majówka na Roztoczu:

W swoich nawoływaniach bażanty naśladują trzeszczące drzewa. Chmurny wieloryb nieba pogrzmiewa nad rdzawą Tanwią. Wikliny przeplatają się z sennymi czeremchami. Rosną tu niezapominajki mniejsze niż rzęsa, z której trzymając ją na opuszkach palców przepowiadamy spełnienie. 
Najłatwiej uwierzyć, że nikt poza nami nie istnieje w starych opuszczonych sadach. 




Kardamonowa panna cotta z jabłkami

Panna cotta:
- 200 ml śmietanki 36%
- 250 ml tłustego mleka
- 10-12 g żelatyny
- 20 g cukru
- kardamon 
- laska wanilii 

Jabłka:
- 2-3 kwaśne jabłka
- 3 łyżki cukru trzcinowego
- 2 łyżeczki galaretki agrestowej
- 30 ml calvadosu

1. Mleko podgrzewamy razem z cukrem, zgniecionymi ziarnami kardamonu i przeciętą laską wanilii.
2. Do ciepłego mleka dodajemy żelatynę i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia.
3. Przelewamy mleko z przyprawami przez sitko i dokładnie mieszamy ze śmietanką.

4. Jabłka obieramy, kroimy w kostkę.
5. W garnku robimy jasny karmel i natychmiast wrzucamy jabłka. Smażymy, aż będą miękkie, ale nie powinny się rozpaść.
6. Calvados mieszamy z galaretką, dolewamy do jabłek.

7. Do pojemniczków nakładamy jabłka i zalewamy mlekiem ze śmietanką. Panna cottę wstawiamy na minimum dwie godziny do lodówki. *Deser można wyjąć z foremek ogrzewając je ciepłą wodą. 



środa, 14 sierpnia 2013

Kolory Paryża




Wróciliśmy. Najedzeni i z pełnym bagażnikiem smaków.
Podróż kulinarną zaczęliśmy w Paryżu. Moje nieustanne poszukiwania makaroników doskonałych zaprowadziły nas do Laduree, najsłynniejszej bodaj cukierni znanej z tych miniaturowych ciasteczek. Zasiedliśmy w niewielkiej restauracji udekorowanej w stylu orientalnego, rajskiego ogrodu. Upał zdeterminował zamówienie sorbetów. Wybrałam też orzeźwiające, słodkie kruche ciasto, wypełnione panna cottą o smaku werbeny i pieczoną brzoskwinią. Jako, że Laduree jest symbolem samym w sobie, ciężko było się nam zdecydować na wybór makaroników z całej ich gamy; zjedliśmy więc różane, malinowe, melonowe, pomarańczowe, czekoladowe i z solonym karmelem. Ostatnie dwa smaki były najsmaczniejsze. Jednak czy były doskonałe? Nie. Na pewno warte spróbowania, jednak cukiernia nie dogania własnej legendy.

Przekonać się o tym można dla porównania odwiedzając modną cukiernię Pierre'a Herme. Smaki są świeże, zaskakujące. Skorupki makaroników są bardziej kruche, falbanki pięknie wyrośnięte. Kremy są wielowarstwowe i nieoczywiste. Również obsługa w butiku wydaje się być bardziej uprzejma i profesjonalna, aniżeli znudzony personel w Laduree.
Wybraliśmy ciasteczka Mogador, czyli połączenie czekolady mlecznej z marakują; Arabesque - morelowo-pistacjowe; Veloute Ispahan o smaku liczi, maliny i róży; do tego makaronik bananowo-limonkowy, jaśminowy i karmelowy.
Herme zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu na makaroniki doskonałe.


Paryż kojarzy mi się słodko, pełen makaroników, porannych pain au chocolat, lukrowanych eklerek, ptysiów, ciastek ponczowych, parfait i fondantów, no, może jeszcze trochę z innymi wypiekami i serami. Niemniej nie mogłam się oprzeć kuchni wytrawnej.
Przemierzyliśmy niezliczone uliczki ulegając urokowi kuchni z całego świata. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć najbrzydsza i najpyszniejsza zarazem potrawa zjedzona Montmartre, mianowicie ravioli. Danie było ekstatyczne. Ciasto w ravioli było delikatne, sos aksamitny... i chociaż estetyka mnie zaniepokoiła na początku, żal było kończyć jeść.

Co ponadto warto skosztować w Paryżu? W tym wielkim kulturowym tyglu koniecznie trzeba odnaleźć coś egzotycznego i niepowtarzalnego, jak potrawy kuchni kreolskiej, madagaskarskiej lub malezyjskiej. Przyjemnie jest się zagubić w Dzielnicy Łacińskiej, by odnaleźć libański hummus, a w ruchliwej dzielnicy żydowskiej spróbować miksu z Tel Awiwu. Wspinając się na Montmartre należy zahaczyć o stoiska z owocami morza, by niżej, w Quartier Pigalle zawahać się pomiędzy karczochem z winem a frytkami z piwem ( kasztanów nie uświadczysz ).
Odnoszę również wrażenie, że na kuchnię francuską wybrać się trzeba wszędzie, tylko nie do Paryża. Dlatego o tejże pisać będę w następnych postach.











piątek, 30 listopada 2012

Trattoria Pergamin Kraków - Recenzja









W środę udaliśmy się na kolację do krakowskiej Trattorii Pergamin. Po przeczytaniu pozytywnych recenzji restauracji i adnotacji, że zazwyczaj jest pełno, zabukowałam wcześniej stolik dla czterech osób. Jak się okazało na miejscu, zapomniano o rezerwacji. Po chwili konsternacji obsługi znaleziono dla nas wolny stolik w oranżerii. Dość długo czekaliśmy na podanie karty dań, otrzymaliśmy je po zwróceniu uwagi kelnerowi.

Na początku podano pieczywo oraz oliwę. Oliwa dość przyjemna, delikatnie gorzka. Zamiast niemal tostowego pieczywa preferowałabym w tym wydaniu raczej ciabattę. Niemniej bardzo pozytywna przystawka, zakorzeniona w prawdziwej włoskiej tradycji.
Na początek zamówiliśmy Chardonnay oraz Montalto Merlot z Sycylii. Białe wino było zbyt ciepłe, zdecydowanie odbiegało od temperatury 10 stopni.

Dostaliśmy ravioli. Sam sos pieprzny nie był, różowy także nie - był za to pomidorowy i lekki. I chociaż niezgodny z opisem w menu, wybronił się swoim smakiem.
Za to pierożki zasługują na najwyższą notę. Ciasto było bardzo delikatne, szpinakowe. Farsz był luźny, ze sporą ilością wyraźnie wyczuwalnego łososia. Danie przepyszne, warte polecenia.

W miksie sałat z wędzonym łososiem, karczochami, kaparami i sosem miodowo-cytrynowym przeważały zdecydowanie liście, niektóre nieco przywiędłe. Łosoś mógłby być lepszej jakości - bardziej tłusty i pomarańczowy. Na plus duże, intensywne w smaku kapary.

Gnocchi z bobem i pieczarkami było smaczne. Na naszą prośbę boczek bez problemu został zamieniony na szynkę. Kluseczki zalane dużą ilością śmietankowego sosu były dość sycące.

Pizza. Najtrudniej jest zrobić najprostszą, czyli margheritę. Jedyny dodatek, jaki domówiliśmy to pieczarki. Grzyby były świeże. Sos pomidorowy miał lekko czosnkową nutę. Składników była odpowiednia ilość. Ciasto było tradycyjnie cienkie, chrupiące, jednak lekko przypalone od spodu. Pizza bardzo poprawna, aromatyczna i smakowo dobra, jednak podana była chłodna.

Jeśli chodzi o desery, to poprosiliśmy o panna cottę i nugat lodowy. Obydwa bardzo podobne do siebie w smaku, jednak nie jest to zarzut, ponieważ były pyszne. Lekkie, śmietankowe, odpowiednio słodkie.
Panna cotta miała widoczne pojedyncze ziarna wanilii, jednak jej smak był niemal niewyczuwalny. Łagodną słodycz równoważyły esencjonalne czerwone porzeczki na dnie pucharka.
W kremowym nugacie odnaleźć można odnaleźć suszone morele, drobinki orzechów.

Podsumowując, jedzenie w trattorii jest smaczne, jednak nie zaskakuje niczym. Obsługa po zwróceniu uwagi sprawna i dyspozycyjna pomimo dużej ilości gości.
Wizualne podanie potraw zostawia wiele do życzenia, jednak jeśli by spojrzeć z punktu widzenia domowej kuchni włoskiej, można przymknąć oko na tę kwestię.
Uważam, że pomimo kilku niedociągnięć warto wybrać się do Pergaminu. Najmocniejszą stroną restauracji są makarony, gnocchi, ravioli... ogólnie potrawy mączne. Są doskonałe i chociażby dlatego należy im się polecenie.